Przypomnij hasło | Rejestracja

Forum Relacja, przywiązanie, więź…

Relacja, przywiązanie, więź…

  • Autor
    Wpisy
  • #156
    jacol
    jacol
    Participant

    Relacja, przywiązanie, więź – czy to są czynniki ważne w procesie terapii i usprawniania osób z niepełnosprawnością intelektualna i autyzmem?
    Czy kształtowanie umiejętności budowania relacji z innymi ludźmi to ważny cel pracy?
    Czy więź łącząca nauczyciela-terapeutę z uczniem z niepełnosprawnością to istotna zmienna wpływająca na efektywność terapii?
    Ja na każde z tych pytań odpowiadam: tak!
    W pierwszym poście chciałbym jednak przyjrzeć się bliżej temu czym jest relacja, czym jest więź.
    Doświadczenie drugiej osoby jest wyjątkowym doświadczeniem w życiu każdego z nas. Druga osoba to obiekt inny, niż kamień, stół, drzewo, pomarańcza, a nawet pies i kot. Potrzeba kontaktu jest silniejsza niż potrzeba jedzenia.

    Zapewne wielu pedagogów czy psychologów na studiach słyszało o badaniach Rene Spitz’a który pokazał, że dzieci wychowywane w sierocińcach, nawet zadbane fizycznie, umierają z braku więzi. Harry Harlow w badaniach na rezusach, podważając tezę, że niemowlęta przywiązują się do matek, ponieważ są one źródłem pokarmu. Małpy Harlowa wybierały małpę-surogatkę – sztuczny twór ubrany w ciepłą tkaninę, nawet jeśli pozbawiona była ona funkcji karmiącej. Przybiegały do niej, kiedy były wystraszone, używały jej jako bezpiecznej bazy do eksploracji. Wolały ją niż tę nie ubraną w miękką tkaninę, ale za to będącą jedynym źródłem pokarmu. (Pamiętam zdjęcia z książki z tymi małpkami!)

    Jest szereg badań pokazujących że bez dobrego, bezpiecznego przywiązania dziecko do najbliższych mu osób, nie jest możliwy ani prawidłowy rozwój emocjonalno-społeczny dziecka, ani też jego rozwój umysłowy w związku z interakcją pomiędzy przywiązaniem, a kształtowaniem się mózgu. Są badania obrazujące także powiązanie braku prawidłowych relacji dziecka a np. zapadalnością na choroby zakaźne. Zaburzenia więzi opisywane są różnorodnie. Wiele jest przejawów zaburzenia więzi: nadpobudliwość, impulsywność, lęk, niepokój, złoszczenie się, drażliwość, słabe wyniki w nauce, okrucieństwo, problemy z higiena osobista i dbaniem o siebie, bark współczucia dla innych, brak wyrzutów sumienia, zajadłe bronienie się przed bliskością, skłonność do zła itp. itd. To wszystko symptomy tzw. choroby sierocej.
    Rozwój społeczny każdego człowieka można opisać szeregiem bardzo konkretnych umiejętności pojawiających się w kolejnych latach rozwojowych. Nie będę ich tu teraz opisywał. Nie będę też zastanawiał się nad sposobami realizacji tych celów, które uznaję jako podstawowe w pracy z osobami z niepełnosprawnością. Dla mnie jakość relacji z innymi to podstawowa kategoria kształtująca jakość naszego życia i oczywiście życia naszych uczniów. Kształtowanie umiejętności budowania relacji z innymi ludźmi to dla mnie najważniejszy ważny cel pracy z uczniami.

    Dlaczego kontakt z innymi jest taki ważny? O co w nim chodzi?
    Nie chodzi przede wszystkim o to, że inne osoby są dla nas źródłem zaspokajania potrzeb fizjologicznych – dają nam jeść, bujają, są ciepłe w dotyku itp. Nie tylko to, że chronią nas przed niebezpieczeństwami itp. Chodzi o coś ważniejszego jak sądzę. Druga osoba to nie biologiczny robot, który jest zaprogramowany na zaspakajanie naszych potrzeb. My też nie jesteśmy robotami. Jesteśmy świadomymi swojego istnienia podmiotami, które mają wolną wolę. Drugi może nas zabić lub nakarmić. Przytulić albo odrzucić.
    Co ciekawe innym osobom przypisujemy świadomość i wolną wolę na wiarę, na podstawie doświadczania siebie samego. Tak zwana teoria umysłu jest próbą odwoływania się do tego czego nie widać, ale co jakoś tłumaczy nam zachowania innych osób.
    Każdy człowiek jest dla nas księgą z której możemy dowiedzieć się czegoś o sobie. Drugi człowiek nie jest mną, jest osobnym żywym podmiotem. Podmiotem czyli nie drzewem czy filiżanką. Wejście w relacje oznacza potraktowanie innego jako podmiot. Drugi nie jest martwym przedmiotem, ale istotą odczuwającą siebie samego, tak jak ja. Z drugą osobą możemy więc wejść w dialog. Możemy zobaczyć, wysiłek, heroizm, prawdę, fałsz, dobro, zło, cierpienie, smutek, radość, upadek, sukces – to wszystko co kształtuje nasz świat bardziej niż przedmioty nas otaczające. Drugi człowiek może podzielić się sobą wybierając nas. Drugi może stać się dla nas zobowiązaniem. W spotkaniu z innymi możemy odczytać siebie. Dzięki innym na siebie możemy spojrzeć oczami innych ludzi.
    Stop, starczy. 
    Starczy, żeby pokazać, że bez więzi i spotkania z innymi ludźmi nie jesteśmy wstanie zbudować swojego człowieczeństwa. Inni są nam niezbędni. To ważne jacy ci inni są, w jakich relacjach z nimi jesteśmy.

    Moje najciekawsze przemyślenia o roli relacji i więzi zrodziły się oglądaniu serii programów Cesara Millana „Zaklinacz psów”. https://www.youtube.com/user/CesarMillan
    To jest facet, który uczy ludzi jak być dla swojego psa przewodnikiem stada.
    Najbardziej fascynowała mnie nie jego wiedza na temat psów. Ale jego wiedza i umiejętności w podejściu do ich właścicieli. Pies nie będzie słuchał swojego właściciela, jeśli nie uzna go za przewodnika stada. Im bardziej właściciel będzie uznany przez psa za przewodnika tym szybciej – metodami behawioralnymi – psa będzie można ułożyć. Jeśli pies nie uzna swojego pana za przewodnika, to cała behawioralna praca pójdzie w błoto.
    Nie tylko jest ważne, co jest nagrodą, za prawidłowe zachowanie, ale kto ta nagrodę daje.
    Pies musi mieć do swojego pana zaufanie, aby dać się mu prowadzić.
    Moim zdaniem, dokładnie tak samo jest między ludźmi. Nauczyciel musi stać się dla swoich uczniów przewodnikiem stada. A bycie przewodnikiem stada związane jest wyłącznie z jakością relacji pomiędzy stadem a przewodnikiem. Najbardziej fascynujące jest to, jak Cesar uczył ludzi być przewodnikami. Co zrobić aby pies zaufał właścicielowi? Po pierwsze – być szczerym i prawdziwym. Pies (ludzkie dziecko też) nie reaguje na wypozowany wizerunek właściciela, ale na to jaki jest on naprawdę. W spotkaniu liczy się prawda i szczerość. Jak mówię prawda, to nie myślę o tym, czy np. to zdanie jest prawdziwe, ale czy człowiek jest prawdziwy. Cesar uczył ludzi bycia prawdziwymi wobec psów. To bardzo ciekawy i fascynujący proces. Metodą uczenia była relacja Cesara i właścicieli. Cesar był dla nich przewodnikiem. Żeby móc być przewodnikiem dla innych, najpierw trzeba pozwolić, aby ktoś inny był moim przewodnikiem. Aby inni ufali mi, najpierw ja muszę zaufać komuś innemu.
    Na dzisiaj to wszystko, bo mój pies prosi mnie o spacer. 

    #157

    bratek
    Participant

    Cóż… nie podyskutujemy chyba zanadto na ten temat.
    Wiesz- myślę, że nudny ze mnie interlokutor: w kółko gadam to samo:))
    W tym temacie też mogę powiedzieć jak zawsze: jam behawiorysta z krwi, kości i wyznania, więc moje poglądy w tym względzie są dość radykalne.
    Czyli: jak zawsze:))
    Nie zaskoczyłeś mnie ani poglądami poglądami, ani ich egzemplifikacją. To ani źle ani dobrze. Tak po prostu jest.
    Ja też Cię nie zaskoczę. Stąd uważam, że fascynującej debaty nijak z tego nie będzie:))
    Widzisz, jeden z największych mitów dotyczących nas- behawiorystów głosi, że negujemy istnienie zjawisk duchowych i odczuć wszelakich. To oczywiście bzdura. Prawda jest taka, że choć każdy z nas i wszyscy razem jako grupa- będąc ludźmi czujemy i odczuwamy (zatem nie zaprzeczamy), to jednak głosimy z całą mocą, że z pojęć tych nie można przedmiotu badań. Nie można- bo z definicji są one niemierzalne i nieweryfikowalne. Stąd też nie mogą być obiektywną zmienną, która podlega kontroli badacza czy terapeuty.
    Stąd też wynika to, że unikamy mówienia o nich w kontekście terapii, czy wpływu na uczenie. Staramy się zmieniać to co możemy, kontrolować to co możemy i kształtować to, co kształtować umiemy:))
    Z niemierzalnością i nieobiektywnością uczuć chyba nie da się dyskutować. Każdy z nas przecież choć raz w życiu doświadczał ambiwalencji uczuciowej czy natłoku odczuć (nawet sprzecznych ze sobą). Patrzę na siebie… i dochodzę do wniosku, że serdecznie współczułabym badaczowi, który miałby opisać czy przeanalizować moje odczucia kotłujące się we mnie np. tylko w ciągu jednego dnia. A w stosunku do jednej osoby?!? Przecież ta sama osoba może budzić bardzo różne emocje: strach, niepewność, czułość, miłość, złość, wściekłość, sympatię i wiele innych. Przecież to wszystko może wystąpić w odczuciach w stosunku do jednej osoby w przeciągu jednej godziny- nie uważasz? Więc jak to zbadać? Kto ma maszynkę pomiarową mogącą ustalić np. czy w danym momencie bardziej kocham bezwarunkowo mojego Syna czy też bardziej jestem na niego wściekła, bo mnie okłamał? A może tak naprawdę ani jedno ani drugie nie przeważa? Tylko np. moje poczucie winy i wstydu z powodu różnych rzeczy, które wobec niego zawalam? Wiesz jak to zmierzyć? Bo jeśli nie wiesz, jak zmierzyć, to musisz przyznać: nie da się badać.
    I tylko tyle mówi koncepcja behawioralna.
    Czy zatem przymykamy oko na relacje społeczne? Oczywiście, że nie: uczymy ich bardzo intensywnie. Tylko nie piszemy programu na to, żeby ktoś „lubił kolegę” a piszemy programy na „pozytywne zwracanie się”, „inicjowanie kontaktu”, etc. Tyle możemy zrobić.
    To samo robi Cesar Milan. Nie uczy przecież kochać psa, czy być dla niego przewodnikiem stada. Uczy jak OKAZYWAĆ te stany psu. Uczy jak się zachowywać.
    Czyli robi to samo, co my z ludźmi:))

    W mówieniu o odczuciach jako zmiennej w terapii, jest jeszcze jeden obszar. I ten akurat wywołuje we mnie alergię głęboką. Chodzi o to, że przez długi czas w pedagogice przyjmowało się (a wielu do dziś przyjmuje), że sfera odczuć jest ważniejszą, a nawet bardziej pożądaną od efektów. Usłyszałam o tym w prost podczas jednego z moich uczelnianych bojów o moje badania. Brzmiało toto absurdalne stwierdzenie: „Dużym błędem jest w swej istocie badanie efektywności. Przecież efektywność nie jest zmienną w pedagogice. Dla pedagoga bowiem wykładnią sukcesu powinna być relacja z uczniem”.
    Przyznasz, że absurd?
    Nie dziwisz się alergii mej?
    Sądzę (i sądzę, że się nie mylę), że stanowisko wyrażone w powyżej zacytowanym stwierdzeniu, to nic innego jak źródło złej jakości w pedagogice. Bardzo łatwo jest powiedzieć: „Trzeba mieć więź z uczniem”. Karmiono mnie takimi sloganami przez 5 lat studiów. Dużo trudniej jest powiedzieć „Biorę na siebie odpowiedzialność za to jakie umiejętności będziesz posiadał”- prawda?
    Można przez 10 lat dbać o relację z uczniem, robić to czego on pragnie, nie robić czego nie pragnie, przeżywać wspólnie miłe chwile i nie nauczyć go w tym czasie ani jednej umiejętności. Można? Można. Ale czy to ok?
    I wiem, wiem… w tym właśnie momencie wkraczamy w progi dyskusji o podmiotowości:))
    Bo ja akurat wolę powiedzieć uczniowi: „Nauczę Cię, podoba Ci się to czy nie. Nauczę, bo wiem, że w przyszłości dana umiejętność przyda Ci się.”
    I tyle:))
    Ot- różnice indywidualne: koncepcyjne, mentalne i światopoglądowe:))

    #158
    jacol
    jacol
    Participant

    Wiesz- myślę, że nudny ze mnie interlokutor: w kółko gadam to samo:))
    Ja myślę, ze fascynujący 🙂

    uważam, że fascynującej debaty nijak z tego nie będzie:))
    No, jeszcze nie wiem.

    głosimy z całą mocą, że z pojęć tych nie można przedmiotu badań. Nie można- bo z definicji są one niemierzalne i nieweryfikowalne. Stąd też nie mogą być obiektywną zmienną, która podlega kontroli badacza czy terapeuty.
    Stąd też wynika to, że unikamy mówienia o nich w kontekście terapii, czy wpływu na uczenie. Staramy się zmieniać to co możemy, kontrolować to co możemy i kształtować to, co kształtować umiemy:))

    Tu widzę pierwsze pole do dyskusji. 🙂 (nie jedyne dodam)
    Co to jest prawda naukowa i jak ma się ona do prawdy w ogóle?
    Ktoś mi kiedyś wyjaśniał różne definicje prawdy. To dość skomplikowana kwestia. Nauka nie bazuje na klasycznej definicji prawdy czyli nie bada tego co jest zgodne z rzeczywistością ale na pragmatycznej definicji prawdy, czyli prawdziwe jest to co jest użyteczne. Prawa fizyki są użyteczne bo dzięki nim samolot lata, albo możemy przewidzieć czas uderzenia komety w jakąś planetę, albo cokolwiek innego. Prawa naukowe związane są z tym co jest powtarzalne i weryfikowalne przez inne osoby.

    Problem z wychowaniem i terapią polega na tym, że jest ona absolutnie procesem jednostkowym i w związku z tym niemierzalnym naukowo. To co najważniejsze w naszym życiu jest nie do powtórzenia. Oznacza, to, że terapeuta, także behawioralny, w ogromnej mierze podejmuje decyzje jednostkowe nie oparte na wiedzy naukowej.
    Przykład z Twojej placówki. Nauczycielka przerwała pracę gdy dziecko ją wkurzyło. Poprosiła inna nauczycielkę o kontynuowanie zajęć. Czy da się naukowo określić moment w którym nauczyciel powinien przestać pracować z dzieckiem? Nie. On to poczuł w pewnym momencie, że już krzywdzi dziecko. I to jest czasem najważniejszy moment terapii. Nie do powtórzenia, bo następnym razem, w innych okolicznościach i dziecko będzie zachowywało się inaczej i nauczyciel inaczej będzie je odbierał. Dlatego ja jestem za tym aby nauczycieli nie programować a uwrażliwiać.
    http://forum.jacekkielin.pl/forums/topic/programowac-czy-uwrazliwiac-specjalistow-jak-to-roznica/
    Cesar Milan uwrażliwiał ludzi, moim zdaniem. każdego psa i człowieka traktował inaczej, nieschematycznie. 😉
    cdn

    #159
    jacol
    jacol
    Participant

    Przecież to wszystko może wystąpić w odczuciach w stosunku do jednej osoby w przeciągu jednej godziny- nie uważasz? Więc jak to zbadać?
    Naukowo? Nie da się! Ale to co jest w relacji pomiędzy jedną i drugą osobą (nauczycielem a uczniem, matką i jej dzieckiem itp.) jest rzeczywistością widoczną dla obu stron i ważną dla obu stron. Jest to rzeczywistość, która zmienia obie strony dialogu. Zgoda?

    #160

    bratek
    Participant

    to co jest w relacji pomiędzy jedną i drugą osobą (nauczycielem a uczniem, matką i jej dzieckiem itp.) jest rzeczywistością widoczną dla obu stron i ważną dla obu stron. Jest to rzeczywistość, która zmienia obie strony dialogu. Zgoda?
    Zależy co kto widzi….
    I co kto komu chce pokazać, żeby ktoś zobaczył…
    :))
    czyli niekoniecznie zgoda:))

    • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 2 lata, 3 miesiące temu przez  bratek.
    #162

    bratek
    Participant

    Ale zgoda co do tego, że coś jest.
    Tylko, że nie powinno być przedmiotem „obróbki naukowej”- zgoda?
    :))

    #163
    jacol
    jacol
    Participant

    Czy zatem przymykamy oko na relacje społeczne? Oczywiście, że nie: uczymy ich bardzo intensywnie. Tylko nie piszemy programu na to, żeby ktoś „lubił kolegę” a piszemy programy na „pozytywne zwracanie się”, „inicjowanie kontaktu”, etc. Tyle możemy zrobić.
    Czy możecie inaczej tego nauczyć niż poprzez modelowanie „pozytywnego zwracanie się” i „inicjowania kontaktu”.
    Czy możecie ściśle zoperacjonalizować te umiejętności? Pytam bo na 1000 sposobów można „zwracać się pozytywnie” do kogoś i na 1000 sposobów można „inicjować kontakt” .Zgodzisz się? Żeby to zrobić dobrze, za każdym razem trzeba to zrobić inaczej. Jak tego nauczyć ucznia?

    #164
    jacol
    jacol
    Participant

    Ale zgoda co do tego, że coś jest.
    Tylko, że nie powinno być przedmiotem „obróbki naukowej”- zgoda?
    :))

    A refleksji pedagogicznej?

    #165

    bratek
    Participant

    Czy możecie ściśle zoperacjonalizować te umiejętności?
    Oczywiście, że to robimy:)) Rzuciłam tylko hasłem. Szczegóły to długi program z wieloma krokami.

    #166

    bratek
    Participant

    A refleksji pedagogicznej?
    A Tobie przepraszam wystarczy samo poinspirowanie Twoich pracowników do tego, żeby byli refleksyjni? Czy może chciałbyś takie zalecenie móc zweryfikować?
    :))
    Wiesz, że włącza mi się advocatus diaboli….
    Prawda taka, że myśleć trzeba, czuć trzeba, lubić trzeba, ba: nawet 1500 rzeczy też w swych emocjach pomieścić trzeba. Tylko po co koniecznie to osadzać w kontekście pedagogiki? Tego nie pojmuję.

    • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 2 lata, 3 miesiące temu przez  bratek.
    #168
    jacol
    jacol
    Participant

    Czy może chciałbyś takie zalecenie móc zweryfikować?

    Naukowo zweryfikować czy nienaukowo? Mi wystarczy nienaukowo.

    #169

    bratek
    Participant

    A jak? Konkretnie: odczuwasz co ktoś odczuwa? Patrzysz i widzisz? Czy może po prostu obserwujesz mierzalne desygnaty zachowania:
    – ile ktoś mówi o dziecku
    – czy aktywni z nim pracuje
    – czy okazuje adekwatne odczucia podczas pracy (np. nie ziewa tylko uśmiecha się, kiedy chwali dziecko)
    itd…

    #170
    jacol
    jacol
    Participant

    Trochę nam się rozjechało. 
    Uporządkuję.
    Każdy rodzaj terapii musi prowadzić do jakiś widocznych mierzalnych efektów.
    To jak u Cesara Millana – pies jest ułożony i słucha właściciela – albo nie słucha. To proste.
    Pominę tu problemy jakie stwarza operacjonalizacja celów pracy, ale nie o tym gadamy.
    Nie chcę też wchodzić w bardzo ciekawy wątek dotyczący roli uczuć w terapii (kształtowania uczuć, posługiwania się uczuciami). Rozumiem, że więź jest emocją, ale uczucia to szerszy problem i nie tylko, moim zdaniem, związany z tym, że bardzo trudno je mierzyć.

    Chodzi mi o to, że w relacji z drugą osobą np. w relacji nauczyciela i ucznia obie strony dostrzegają wiele bardzo znaczących, niosących ważne informacje zachowań. Te informacje modyfikują zachowania drugiej strony dialogu. W terapii (także behawioralnej), aby być skutecznym, trzeba reagować na te sygnały. Podałem ci przykład twojej nauczycielki, która przerwała terapię. Czy można określić precyzyjne kryteria, inne niż subiektywne odczucie nauczyciela, które lepiej oznaczą punkt, w którym nauczyciel powinien przerwać to co robi?

    To co robił Cesar Millan dlatego jest ważne dla naszej dyskusji, że ludzie których uczył często świetnie znali zasady uczenia psów i je stosowali, a pies ich nie słuchał. Czego im brakowało? Tego co nie mieści się w żadnych naukowo opracowanych zasadach. Brakowało im wyczucia. Pies olewał właściciela, który jak automat, realizował jakiś program. Aby nauczyć się kontrolować psa, trzeba było nauczyć właścicieli przyglądania się swojemu psu i przyglądania się sobie. Zmiennymi bardzo istotnymi były cechy osobnicze psa i cechy właściciela. Ten sam człowiek, aby mieć efekty, z każdym innym psem musi pracować inaczej. Ten sam pies przez różnych ludzi musi być prowadzony inaczej. Jakbyś próbowała mieć efekty małpując Cesara, to ci się nie uda. Pies nie posłucha właściciela małpującego Cesara. Posłucha Bratka, który jest z nim i sobą w kontakcie.

    O ile wiem, superwizorzy behawioralni nie próbują już dzisiaj programować nauczycieli. Nie stawiają się wobec nich w relacji – ja wiem lepiej od ciebie jak powinieneś pracować. Muszą zaufać subiektywnym wyborom i decyzjom nauczyciela, bo nie są tym nauczycielem. Na każdą osobę dziecko reaguje inaczej.

    Prawdy subiektywne nie są mniej prawdziwe niż te weryfikowalne obiektywnie. Ja głoszę tezę, że nie da się skutecznie nauczać i prowadzić terapii jeżeli nie będzie uwzględniać się tego kluczowego czynnika jakim jest niepowtarzalna i nieprzekazywalna innym relacja łącząca nauczyciela z jego uczniem.

    #171
    jacol
    jacol
    Participant

    Czy zatem przymykamy oko na relacje społeczne? Oczywiście, że nie: uczymy ich bardzo intensywnie. Tylko nie piszemy programu na to, żeby ktoś „lubił kolegę” a piszemy programy na „pozytywne zwracanie się”, „inicjowanie kontaktu”, etc. Tyle możemy zrobić.
    Czy możecie inaczej tego nauczyć niż poprzez modelowanie „pozytywnego zwracanie się” i „inicjowania kontaktu”.
    Czy możecie ściśle zoperacjonalizować te umiejętności?

    Oczywiście, że to robimy:)) Rzuciłam tylko hasłem. Szczegóły to długi program z wieloma krokami.

    Wracam do uczenia umiejętności nawiązywania więzi.
    Ukonkretnię moje pytanie.
    Czy macie coś innego do zaproponowania uczniowi niż tylko nauczenie go odgrywania różnych ról w różnych sytuacjach. Na przykład: jak widzi kolegę to: mówi „cześć” i podaje rękę”.

    • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 2 lata, 3 miesiące temu przez jacol jacol.
    #173

    bratek
    Participant

    Trochę nam się rozjechało. 
    Uporządkuję.

    Żałuję. Całe życie preferuję takie bardziej nieuczesane myśli.

    Chodzi mi o to, że w relacji z drugą osobą np. w relacji nauczyciela i ucznia obie strony dostrzegają wiele bardzo znaczących, niosących ważne informacje zachowań. Te informacje modyfikują zachowania drugiej strony dialogu. W terapii (także behawioralnej), aby być skutecznym, trzeba reagować na te sygnały.
    Tak.

    Podałem ci przykład twojej nauczycielki, która przerwała terapię. Czy można określić precyzyjne kryteria, inne niż subiektywne odczucie nauczyciela, które lepiej oznaczą punkt, w którym nauczyciel powinien przerwać to co robi?
    Primo: nie przerwała terapii. Miała możliwość (podobnie jak inni w moim zespole) do zrobienia przerwy, bo w jej subiektywnym odczuciu jej potrzebowała. Zastąpił ją inny terapeuta, robiący to samo co ona. A gdy wróciła- to kontynuowała dalej.
    Secundo: zgoda! kryterium były tu subiektywne odczucia nauczycielki. Jednak regulowane przez zewnętrzne obiektywne zalecenia: np. że przerwa krótka (do 15 min.) że epizodyczna ( tu nie określałam wartości liczbowej, bo moi nauczyciele są zdyscyplinowani, ale jeżeli zobaczyłabym,że ktoś nadużywa- np wychodzi np.5 razy dziennie- to wartość tę określiłabym), że wymieniający ją nauczyciel musi kontynuować identycznie to samo działanie.

    Pies nie posłucha właściciela małpującego Cesara. Posłucha Bratka, który jest z nim i sobą w kontakcie.
    Tu bym się ostro kłóciła. Tu chodzi tylko o poziom uwarunkowania bodźców wywołujących reakcję i o generalizację. A nie o magię relacji.

    O ile wiem, superwizorzy behawioralni nie próbują już dzisiaj programować nauczycieli. Nie stawiają się wobec nich w relacji – ja wiem lepiej od ciebie jak powinieneś pracować.

    To czy narzucam coś nauczycielowi czy nie, zależy od jego umiejętności i potrzeb dziecka. Czasem i owszem: stawiam sprawę na ostrzu noża.

    Muszą zaufać subiektywnym wyborom i decyzjom nauczyciela, bo nie są tym nauczycielem. Na każdą osobę dziecko reaguje inaczej.
    NIEPRAWDA! Po pierwsze: nie ufam jakimś „subiektywnym wyborom” tylko opieram się na obiektywnym pomiarze. I terapeutów uczę tego samego. Po drugie: jeśli dziecko na każdą osobę reaguje inaczej, to…. no cóż środowisko uczenia nie jest dobrze poukładane, tudzież ktoś nie zadbał o generalizację. I trzeba to zmienić. Pilnie!

    Ja głoszę tezę, że nie da się skutecznie nauczać i prowadzić terapii jeżeli nie będzie uwzględniać się tego kluczowego czynnika jakim jest niepowtarzalna i nieprzekazywalna innym relacja łącząca nauczyciela z jego uczniem.
    I tu doszliśmy do poziomu różnic w myśleniu i języku, których ani nie umiem, ani nie chcę przeskakiwać.

    Czy macie coś innego do zaproponowania uczniowi niż tylko nauczenie go odgrywania różnych ról w różnych sytuacjach. Na przykład: jak widzi kolegę to: mówi „cześć” i podaje rękę”.

    Nie rozumiem pytania…. Przede wszystkim, to że ktoś się z kimś wita, to dla mnie wcale nie jest „odgrywaniem roli”. Poza tym: już mówiłam nauczyć możemy wiele- przytulać się, reagować adekwatnym uśmiechem, inicjować konwersację i ją podtrzymywać. Nie wiem o co pytasz.

    A z innej beczki: nie odpowiedziałeś na moje pytanie! A tu akurat odpowiedź bardzo mnie interesuje.

Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.