Przypomnij hasło | Rejestracja

Forum Dyrektywność – Niedyrektywność

Dyrektywność – Niedyrektywność

  • Autor
    Wpisy
  • #287
    jacol
    jacol
    Participant

    Dyrektywność – niedyrektywność.
    Czy to rozróżnienie jest ważne? Czy potrzebne?
    Moim zdaniem potrzebne. Z dziećmi można pracować z pozycji dominacji lub bez niej. Zazwyczaj nauczyciele i specjaliści pracując z pozycji dominacji. To oni wiedzą, co jest do zrealizowania z uczniem i do tego dążą. Tak się złożyło, że tożsamość zawodowa nauczyciela nierozerwalnie kojarzy się nam z byciem dyrektywnym. Nauczyciel, który nie wydaje poleceń, który nie odpytuje, który nie ocenia chociażby przez wyrażenie pochwały?
    W książce „Razem uczymy się mówić” Elaine Weitzman i Janice Greenberg – podane są przykłady nauczycieli dominujących.

    Nauczyciel – kierownik.

    – zadaje dużo pytań,
    – oczekuje reakcji na polecenia,
    – mówi dzieciom co maja robić,
    – udziela wielu rad i wskazówek,

    Nauczyciel – zabawiacz

    – nauczyciel głównie się wygłupia i żartuje,
    – zajmuje się ciągle rozbawianiem dzieci,
    – źle znosi widok „niepobudzonego” dziecka,

    Nauczyciel poganiacz

    – ciągle się spieszy, żeby zrealizować cały przewidziany program zajęć,
    – chce dużo zrobić w trakcie zajęć,
    – jak zwalnia to ma poczucie, źle wykorzystanego czasu,

    Nauczyciel – wyręczyciel.

    – sądzi, że wie lepiej od dziecka, co ono potrzebuje,
    – wyręcza dziecko – ciągle oferuje mu pomoc,
    – mówi za dziecko, zanim dziecko samo coś powie.

    Zabawianie dziecka i wyręczanie go – to także objawy dominacji!

    Jest jeden przykład nauczyciela nieobecnego – czyli ani dyrektywnego, ani niedyrektywnego.

    Nauczyciel – bierny obserwator.

    – nauczyciel stoi z boku obserwując zajęcia dzieci,
    – lubi tak zorganizować dzieciom czas, żeby były aktywne same,
    – szybko ucina pytania i zaczepki uczniów

    Oraz jeden przykład nauczyciela niedyrektywnego:

    Nauczyciel – responsywny partner

    – odpowiada i reaguje na inicjatywy uczniów,
    – rzadziej niż uczniowie inicjuje interakcję (nie jest wyrywny),
    – dostraja się do potrzeb, umiejętności i zachowań dzieci
    Jak z powyższego widać, autorki problem dyrektywności i niedyrektywności lokują nie w metodzie, ale w osobie nauczyciela. To nauczyciel jest „jakiś” a nie metoda.

    Moim zdaniem (ale to akurat zdanie podzielają niemal wszyscy) uczeń powinien mieć doświadczenie dominacji jak i braku dominacji w relacji ze swoimi rodzicami i nauczycielami. Dobrze napisany program terapeutyczny, prawidłowy proces socjalizacji czy wychowania, musi zawierać tak formy dyrektywne jak i niedyrektywne.
    Abstrahując od tego, że metodami dyrektywnymi uczymy inaczej i innych umiejętności niż metodami niedyrektywnymi, to najistotniejsze w wychowaniu i nauczaniu sposób doświadczania drugiego człowieka. Metodyka dyrektywna wymaga od ucznia podporządkowania się. Dorosły podporządkowuje swojego wychowanka manipulując nagrodami i karami. Jak zrobisz coś co chcę byś zrobił, to cię pochwalę, jak tego nie zrobisz, to nie pochwalę. Jak zrobisz tak jak chcę to dostaniesz 6, jak nie zrobisz tego to 1. Wielu nauczycieli traktuje pochwałę nie jako element dominacji, ale życzliwości i serdeczności wobec ucznia. Pochwała jednak działa jak narkotyk – silnie uzależnia. Wycofanie nagrody, jest więc bardzo bolesnym doświadczeniem, jak zabranie każdego środka uzależniającego temu kto jest od niego uzależnionym. Pozwala to dorosłym kontrolować dziecko, ale utrudnia temu dziecku uczenie się samodzielnego podejmowania wyborów, odczuwania przyjemności z własnej aktywności (przyjemne są tylko pochwały) i wchodzenia z ludźmi w równorzędne relacje.

    Być niedyrektywnym lub dyrektywnym można dobrze lub źle. Problemem jest nie tylko to, czy osoba z którą dziecko wchodzi w relację, jest wobec niego dominująca lub nie – ale również jak to robi.
    Dominacja (czyli:wydawanie poleceń, odpytywanie, chwalenie lub inne ocenianie) , która łączona jest z uważnością na dziecko, moim zdaniem stanowi absolutnie inną jakość niż taka, w której nauczyciel dziecka nie widzi. Uważność na dziecko obserwuję patrząc na to czy nauczyciel widzi i reaguje na zachowania inne niż te, które mu się nie podobają (nie gadaj!, patrz na mnie!) lub inne niż te, które nauczyciel chciał wywołać. (Tomku pokaż słonia na obrazku! Świetnie! Dobrze pokazałeś słonia!). Wszystko co najważniejsze w pedagogice, jak sądzę, zawiera się w zauważaniu czegoś innego niż tylko tego, że dziecko robi lub nie robi tego co chce nauczyciel.
    Oprócz uważności na dziecko, o jakości dyrektywności decyduje stosowanie się np. do zasad prawidłowego wzmacniania i prawidłowego podpowiadania (pomagania) dziecku podczas nauki. Byłbym bardzo za, gdyby wszyscy pedagodzy specjalni przechodzili szkolenie z terapii behawioralnej. Uniknęli by wielu błędów.

    Zajęcia niedyrektywne (bez wydawania poleceń, bez odpytywania, bez chwalenia i oceniania) służą uruchomieniu aktywności własnej dziecka. Jeżeli go nie chwalimy (nie wzmacniamy) to nagrodą i wzmocnieniem dla ucznia staje się przyjemność bycia aktywnym. Uczeń aktywny, to taki samograj – rozwija swój potencjał we wszystkich obszarach rozwojowych.
    Ponad to, ponieważ niedyrektywność opiera się modelowaniu (najpierw nauczyciel podąża za uczniem dostrajając się do niego – uczeń modeluje zachowanie nauczyciela, a potem to nauczyciel prowadzi ucznia modelując mu nowe formy aktywności) uruchamiamy w uczniu najbardziej przydatny sposób uczenia się. Uczenie przez naśladownictwo (imitację) to najbardziej uniwersalny sposób nabywania tak prostych, jak i bardzo złożonych umiejętności (np. społecznych). Każdy z nas większości umiejętności nauczył się sam, patrząc na przykład innych ludzi.

    Zajęcia niedyrektywne uczą dzieci posiadania własnego zdania, gdyż ich istotą są kolejne decyzje podejmowane prze dziecko i przyjmowane przez doroslego.

    Być może zajęć niedyrektywnych w ogóle mogłaby nie być, gdyby nauczyciele i rodzice – poza zajęciami lekcyjnymi – nie dominowali by dzieci. Gdyby potrafili być z nimi jak równy z równy z równym. Gdyby byli zainteresowani tym co dzieci mówią.

    Niestety tak nie jest. Obserwowałem rodziców w trakcie ich „zabaw” z dziećmi w piaskownicy. Uwagę dzieci dostają w formie dezaprobaty – Nie biegaj! Oddaj chłopcu tą łopatkę! Gdzie tam włazisz! Albo w formie aprobaty gdy dziecko spełni, życzenie rodzica: Tomku zjedź ze zjeżdżalni! No, brawo, pięknie, udało Ci się!

    Zajęcia niedyrektywne kompensują więc olbrzymią dominację społeczeństwa nad dziećmi – szczególnie nad dziećmi niepełnosprawnymi. Ta olbrzymia kontrola + brak zainteresowania tym co jest osobiście ważne dla ucznia – wyrządza ogromną szkodę dzieciom. Zabija ich kreatywność, zabiera poczucie własnej wartości i bardzo często zaburza ich zachowanie.

Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.